GIG WITH JAPANDROIDS

Posted on 2010/02/02

3


Japandroids, garażowa sensacja z Vancouver, która zadebiutowała w zeszłym roku świetną płytą „Post-Nothing”, pod koniec stycznia przyjechała na trzy koncerty w Polsce. Po jednym z nich – 28 stycznia w poznańskim Eskulapie – udało się nam z nimi porozmawiać. Poznajcie Briana Kinga i Davida Prowse’a.

Adam: Czujecie się częścią popkultury?

Brian: Nasza muzyka jest nieco popowa. Gdybyś wziął nasze piosenki i nagrałbyś je inaczej, zredukował zniekształcenia i wyciszył nasze krzyki, powstałyby bardzo zabawne popowe piosenki. To kwestia produkcji. Szczerze mówiąc nie mamy pieniędzy by być bardziej pop – gdybyśmy mieli sto tysięcy dolarów na nagranie następnego krążka, mógłby być bardzo popowy.

Maria: „Post-Nothing” brzmi świetnie, więc może dobrze, że nie macie za dużo pieniędzy.

Adam: Vancouver jest niedaleko Seattle, tylko po drugiej stronie granicy…

Brian: Ale ta granica jest bardzo ważna. Europejczycy zazwyczaj nie doceniają jej znaczenia. Amerykańskie kapele mają mnóstwo problemów by grać w Kanadzie, a naszym kapelom trudno zaistnieć w Stanach.  Dlatego zdarzało nam się tak często grywać tam nielegalnie. Wizy są cholernie drogie… jeśli jesteś lokalną gwiazdą bez potężnych pleców,  nie możesz sobie pozwolić by grać w Stanach.

David: Im zależy tylko na sprowadzaniu bardzo znanych gwiazd, jeśli działasz gdzieś w niszy i jedziesz zagrać koncert w małym klubie w Seattle, musisz zrobić to nielegalnie, przebrać się za turystę, wypożyczyć sprzęt na miejscu, kombinować. Na granicy musisz spowiadać się ze wszystkiego – ile masz płyt, ile koszulek. To idiotyczne.

Adam: Jak u nas przed upadkiem Żelaznej Kurtyny.

David: Trochę tak. Ostatnio w Europie przez 7 dni daliśmy 7 koncertów – graliśmy w Anglii, Niemczech, teraz Polska i Skandynawia – wszędzie przejeżdżamy ot tak. Nie ma granic, a my nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. To doświadczenie uzmysłowiło nam, że powinniśmy koncertować tylko w Europie (śmiech). Ale Stany to wielki rynek i jak raz  się tam znajdziesz, masz już swobodę poruszania się wszędzie. Chodzi tylko o to, by się tam dostać.

Adam: Czy czujecie się jakoś związani ze sceną grunge, to działo się niedaleko od Was…

Brian: Niespecjalnie – grunge raczej nie był naszą wielką inspiracją. Tak naprawdę słuchamy bardzo różnych rzeczy i był to problem, kiedy zakładaliśmy Japandroids. Bo aby grać w jednej kapeli trzeba mieć  przynajmniej dwie wspólne zajawki, a mało jest zespołów, które lubimy obaj. Dlatego zagraliśmy dzisiaj cover Mclusky, bo o dziwo ich muzyka przemawia zarówno do Davida, jak i do mnie.

Adam: Słuchałeś też dużo Guns’n’Roses w dzieciństwie. Co myślisz o ich zeszłorocznej płycie?

Brian: No cóż (śmiech), jest bardzo kontrowersyjna. Nie jestem pewien czy to na pewno ich album. Prawdziwi Guns’n’Roses skończyli się w 1993 roku, czyli jakieś 17 lat temu! Wszystko co działo się później, to już zupełnie inna bajka. Iggy and the Stooges też niedawno nagrali nową płytę, ale to już po prostu nie to samo.

Adam: Macie kilka niezłych kapel w Vancouver: The Organ, The New Pornographers, You Say Party! We Say Die! … przyjaźnicie się?

Brian: Nawet się nie znamy. Wszyscy artyści z Vancouver prędzej czy później stąd wyjeżdżają.  Na koncercie The New Pornographers byłem w liceum. Teraz Carl Newman mieszka w Nowym Jorku, Neko Case nawet nie wiem gdzie, ale rzadko pojawia się w Vancouver. To chyba generalna zasada – pochodzi stąd mnóstwo ciekawych kapel, z których żadna nie zna się ze sobą nawzajem.

Adam: Powiedziałeś podczas koncertu, że polska publiczność jest rewelacyjna. Mówisz to w każdym kraju, w którym koncertujecie?

Brian: Szczerze mówiąc nie pamiętam żadnego koncertu na przykład w Wielkiej Brytanii, podczas którego publika reagowałaby tak żywo jak w Polsce. Dobry występ nie musi koniecznie być wielkim spędem, chodzi o energię, prawdziwe uczestnictwo w imprezie. Z drugiej strony udanym występem można nazwać też bardzo zły koncert za który dostało się kupę kasy (śmiech), albo kiedy zagra się słabo, ale z ludźmi których się lubi.

Maria: Jeszcze a propos Vancouver – czy to naprawdę raj dla rowerzystów?

Brian: Tak, w północnym Vancouver jest specjalny park dla rowerzystów. Poza tym mnóstwo mieszkańców to typowi outdoorowcy, jeżdżący również na nartach i snowboardzie.

David: Ale jedyna dyscyplina sportowa, w której ja obecnie uczestniczę, to granie na perkusji (śmiech).

Maria: Czytaliście książkę Douglasa Couplanda „Girlfriend in a Coma”?

Brian: Tej nie czytałem, ale znam jego inne książki. On oczywiście też jest z Vancouver i jego książki fajnie opisują nasze miasto.

Dzięki wielkie za rozmowę.

by: Adam Kruk, Maria Durska 2010

Reklamy