USTA PŁONĄ

Posted on 2010/08/10

5


To będzie najlepsze zakończenie festiwalu, jakie kiedykolwiek widzieliście – nieskromnie stwierdził Wayne Coyne rozpoczynając pierwszy w historii The Flaming Lips koncert w Polsce. Nie przesadził – zamknięcie Off Festivalu 2010 było równie ekscytujące jak sama impreza. Występ grupy z Oklahomy był większy, głośniejszy, bardziej żywiołowy – po prostu lepszy niż ktokolwiek by się spodziewał. Zespół, wcielając w czyn daftpunkową zasadę harder, better, faster, stronger, pokazał w Katowicach show, na którego przykładzie można by uczyć, jak przez ponad godzinę utrzymać publiczność w stanie nieustającego wrzenia i jak, bez muzycznych kompromisów, przygotować komercyjne widowisko, które zawstydziłoby nawet Lady Gagę. Jeśli zabrakło Was na koncercie 8 sierpnia, powinniście koniecznie zobaczyć The Flaming Lips następnym razem, gdy będą w okolicy. Oto dlaczego:

1. Flaming crowd surfing
Wayne Coyne, zamknięty w przezroczystej kuli przypominającej bańkę mydlaną, unoszonej przez publiczność, już w pierwszym minutach rozgrzał zebrany pod sceną tłum do czerwoności. A potem było tylko lepiej.

2. Flaming pussy
Balansujące między reklamą Coca-Coli a soft porno – koncertowe wizualizacje były jednymi z najlepszych, jakie Polska widziała od dłuższego czasu.

3. Flaming audience
Plotki krążące od pewnego czasu znalazły potwierdzenie, kiedy na scenie pojawiło się kilkanaście ubranych na pomarańczowo osób, wybranych spośród festiwalowej publiczności by towarzyszyć zespołowi na scenie. Fakt, że tańczyły kilka metrów od koncertującej grupy, sprawił, że stały się żywym przykładem, jak należy się bawić na koncercie The Flaming Lips.

4. Flaming baloons & confetti
Nawet jeśli niekończący się deszcz konfetti i wielkie balony rzucone w publiczność były chwytem dość tanim, to chyba nie znalazłoby się wśród publiczności osoby, która nie poczułaby na ich widok czysto dziecięcej radości. Albo kogoś, kto nie wziąłby na pamiątkę kawałka serpentyny lub chociaż nie odbił lecącej w jego stronę kolorowej piłki.

5. Flaming show-along
Zaproponowana przez The Flaming Lips trawestacja formuły sing-along, sprawiła, że pod sceną można było zobaczyć obraz niecodzienny – rzesze hipsterów naśladujących niedźwiedzie, wiatr czy… małpy.

6.
Flaming preacher
Kiedy Wayne Coyne nie śpiewał, wcielał się w rolę prawdziwego amerykańskiego kaznodziei. Na ekranie dziesięciometrowa twarz wokalisty, z głośników jego natchniony głos – wszystko to jakby żywcem wyciągnięte z amerykańskiej telewizji ewangelizacyjnej. I choć patetyczny hołd dla żołnierzy poległych w Iraku niebezpiecznie ocierał się o kicz, to na większość słów, które wychodziły z ust Coyne’a, nie sposób było odpowiedzieć inaczej niż: „Amen!”.7. Flaming music
Pod całym tym blichtrem, nie zginęła rzecz najważniejsza. Muzyka. Bo The Flaming Lips nie tylko dali świetny show, przede wszystkim zagrali kapitalny koncert. Na setliście nie zabrakło przebojów  „She Don’t Use Jelly”, „Do You Realize” i „Yoshimi Battles The Pink Robots”:

Były też kawałki z najnowszego albumu „Embryonic” – choćby „The Sparrow Looks Up at the Machine” czy „I Can Be A Frog”:

Czy po takim koncercie można zrobić coś innego niż wrócić do domu i ponownie zagłębić się w dyskografię Płonących Ust?

by: Kuba Żary 2010

Reklamy