OCZY BOLĄ

Posted on 2011/02/09

1


Sława uderza do głowy. Popularnym piosenkarzom, sprzedającym milionowe nakłady płyt wydaje się często, że skoro potrafią śpiewać, sprawdzą się także na srebrnym ekranie. Jeszcze częściej złudzeniu temu ulegają, mający dolary w oczach, ich menedżerowie. Niestety, sprawdza się to rzadko, a filmy z gwiazdami pop w głównych rolach (często  inspirowane ich własnymi losami) należą do najgorszych, jakie wydało kino. Czy podobnie będzie z „Burleską” Steve’a Antina, która wchodzi do polskich kin 11 lutego? Tu aż dwie gwiazdy – Christina Aguilera i Cher.

Odkryta dla kina przez  Roberta Altmana Cher udowodniła chociażby w „Silkwood” Mike’a Nicholsa czy „Herbatce z Mussolinim” Franco Zeffirelliego, że wbrew kiczowatemu image’owi jest świetną aktorką. Potwierdziła to też Canneńska Palma przyznana jej w 1985 roku za rolę w „Masce” Petera Bogdanovicha oraz  Oscar 1987 za „Wpływ księżyca” Normana Jewisona. Jak w „Burlesce” wypada Christina Aguilera? Głos jak dzwon, talentu aktorskiego za grosz. Używa dwóch min, a to i tak lepiej niż gdy dopuszcza się ją do dialogów. Do tego nosi  fatalne ciuchy, fryzury i makijaże – jakbyśmy cofnęli się do początków jej kariery albo naprawdę w L.A. czas się zatrzymał. Aguilera nie była pierwsza. Oto jej poprzednicy, którzy nigdy więcej nie powinni znaleźć się na dużym ekranie – 8 muzycznych ofiar kina.

1. Prince w „Purpurowym deszczu” (1984) – absurdalny film: poziom aktorstwa nieznośny, postać płaczącej Apolonii (Apollonia Kotero) żałosna, Prince w swym narcyzmie śmieszny. To kamp jedynie w odbiorze, bo intencje twórców tego parabiograficznego filmu były wzniosłe: ukazać trudne początki drogi na szczyt. Nawet jeśli wszystko jest tu do kitu – ponadczasowa pozostaje muzyka: „When Doves Cry”, „I Would Die 4 U” czy tytułowe „Purple Rain” do dziś wywołują dreszcze:

 

2. Vanilla Ice w „Miłości w rytmie RAP” (1991) – Vanilla Ice w rapowanej podróbce „Buntownika bez powodu” – brzmi dramatycznie i takoż wygląda. W ramach nostalgii za początkiem lat 90. może być postrzegany jako dzieło kultowe, jednakże potrzeba dużo samozaparcia (bądź środków alternujących rzeczywistość) aby wytrzymać 91 minut fatalnego do bólu „aktorstwa” i popisów wokalnych białego rapera. Dwie ciekawostki – autorem zdjęć do filmu jest Janusz Kamiński, a w jednej ról możemy zobaczyć Naomi Campbell.

 

3. Whitney Houston w „Bodyguardzie” (1992) – Kevin Costner był seksbombą tamtych lat, a Whitney  po sukcesach płyt „Whitney” (1989) i „I’m Your Baby Tonight” (1991) i przed zapaścią narkotykowego nałogu, przeżywała najlepszy okres w karierze. Niestety, oboje są miernymi aktorami, a film okazał się okropny. Sprzedał się jednak nieźle, krocie zarobiła też ścieżka dźwiękowa. Najgorsze, że  Whitney miała czelność wystąpić później jeszcze w ” Czekając na miłość” i „Żonie pastora”. Ale czy ktokolwiek to jeszcze pamięta?

 

4. Spice Girls w „Spice World” (1997) – GIRL POWER!!! Roger Moore! Mizerne efekty specjalne! Kicz!  Przegięte kostiumy! Lizaki! Oglądając film z mocnym przymrużeniem oka, można dopatrzeć się wręcz prób autoironii i satyry. Dziewczyny nawet nie udają, że potrafią grać, ale widać, że doskonale się bawią w tym rozbudowanym teledysku – czy widz się bawić będzie, to już zupełnie inna sprawa, ale  zawsze można trzymać kciuki za to, by Meat Loaf, grający kierowcę autobusu, zabrał Spajsetki na przejażdżkę do piekła.

 

5. Mariah Carey w „Glitter” (2001)Mariah jako słodki mops bez osobowości, za to z matką-pijaczką i agresywnym chłopakiem, dobijająca się o kontrakt i sławę w nowojorskich klubach. Wszystko skąpane w estetyce lat 80., choć nie do końca to widać. W kategorii kuriozum filmu Vondie Curtis-Halla  nie wolno przegapić.

 

6. Britney Spears w „Crossroads” (2002) – Młodziutka Britney będąca na etapie zrywania z niewinnością.  Nie wystarczył jej singiel „I’m Not a Girl Not Yet a Woman”, swoją deklarację musiała potwierdzić ciężkostrawnym i naprawdę nudnym filmidłem, wkraczającym momentami na tereny nieznośnego moralizatorstwa. Wisienką na tym zeschniętym i niesmacznym torcie jest Kim Cattrall w roli odnalezionej po latach matki.

 

7. Eminem w „Ósmej mili” (2002) – aż dziw, że tego gniota nakręcił Curtis Hanson, ten od „Tajemnic Los Angeles” i „Cudownych chłopców”. Obsadę zebrał też nie najgorszą, bo mamy tu Kim Basinger i zmarłą niedawno Brittany Murphy. Ale popełnił jeden błąd – zatrudnił Eminema. Cokolwiek by nie robił, jest drewniany jak Jean Claude Van Damme albo Taylor Lautner. Podobnie źle wypadł 50 Cent w „Get rich or die tryin’ to”. Do mikrofonu skorzy i dobrze, ale nie pokazywać ich na ekranie!

 

8. Miley Cyrus w „Hannah Montana” (2006 serial, 2008 film) – perypetie szalonej nastolatki, prowadzącej podwójne życie – gwiazdy pop o pseudonimie Hannah Montana i nieco gapowatej nastolatki Miley Stewart, która to rzekomo czerpie co najlepsze z  tych dwóch światów. Największą jej bolączką jest skrzętne ukrywanie drugiej tożsamości. Natomiast największą bolączką Miley Cyrus stały się próby odcięcia od wizerunku niewinnej disnejowskiej nastolatki, co dzielnie czyni dziko wijąc się w teledyskach, przywdziawszy garderobę, której nie powstydziłaby się tancerka z Las Vegas. Trudno stwierdzić, które wcielenie jest bardziej znośne.

by: Adam Kruk, Maria Durska 2011

Reklamy