RZYMSKA WIOSNA BRIANA BURTONA

Posted on 2011/04/12

1


W historii muzyki popularnej nie ma przypadku kariery takiej, jakiej chcę ja. Dlatego za wzory do naśladowania muszą służyć mi nie muzycy, a filmowcy – powiedział w 2006 roku w rozmowie dla „New York Timesa” Brian Burton, znany pod scenicznym imieniem Danger Mouse. Przez kolejne lata wytrwale budował, zapatrzony  w Woody’ego Allena, pojęcie reżysera muzyki. I choć sam na muzycznej scenie nie widział dla siebie wzoru, to dziś staje się nim dla innych.

Burton dość rzadko otwiera usta – robią to za niego inni. Najlepiej pracuje mu się w duetach. Kapelę Gnarls Barkley stworzył z Cee-Lo Greenem. Space-rockowa rewelacja 2010 roku – Broken Bells, to z kolei kolaboracja z Jamesem Mercerem z The Shins. Do nagrania albumu „The Mouse and the Mask” Burton połączył siły z MF Doomem, tworząc projekt Danger Doom. Niby wszędzie stał z tyłu, ale nie było większych wątpliwości, że to on wyreżyserował te przedstawienia, a jego partnerzy byli tylko odtwórcami (zresztą znakomitymi) głównych ról.

Brian Burton a.k.a. Danger Mouse

Świat muzyczny szybko poznał się na jego talencie: do wyprodukowania albumów zaprosili go m.in. Beck, Gorillaz, Martina Topley-Bird czy Sparklehorse. Z tym ostatnim stworzył też płytę „Dark Night of the Soul” najeżoną wręcz arystokratami współczesnej alternatywy (m.in. The Flaming Lips, Gruff Rhys czy David Lynch). Zaowocowało to serią pięciu nominacji do nagrody Grammy w kategorii najlepszy producent (pierwsza 6 lat temu, w tym roku udało mu się w końcu zdobyć statuetkę) i tytułem najlepszego producenta dekady magazynu „Paste”. Pismo „Esquire” poszło jeszcze o krok dalej – w 2009 roku umieściło Burtona na liście 75 najbardziej wpływowych osób XXI wieku. Aktualnie  ten producent extraordinaire pracuje nad nowym albumem U2.

W tle wszystkich tych przedsięwzięć, w całkowitej tajemnicy, przez ostatnie pięć lat powstawał  projekt, który najpełniej oddaje filmowe inspiracje Danger Mouse’a. Kolaboracja z Danielem Luppim – włoskim kompozytorem znanym z pracy nad filmami „Hell Ride”, „Pod słońcem Toskanii” czy serialem „Seks w wielkim mieście” – wyrasta z ich wspólnej miłości do muzyki spaghetti westernów z lat 60-tych XX wieku. Tak powstał projekt Rome, którego debiutancki album premierę będzie miał 16 maja.

Spaghetti western był początkowo gatunkiem wyśmiewanym – bo też co można myśleć o włoskim filmie, w którym Dziki Zachód udaje Andaluzja  (zazwyczaj kręcono je w Hiszpanii), a kowbojów i Indian grają Niemcy lub w najlepszym wypadku dogasającej sławy Hollywoodzcy aktorzy? Sytuacja zaczęła się zmieniać dzięki Sergio Leone. Jego Dolarowa trylogia (nagrywane od 1964 rok po roku: „Za garść dolarów”, „Za kilka dolarów więcej” i „Dobry, zły i brzydki”) nie tylko stała się cyklem kultowym, ale wylansowała też początkującego wtedy Clinta Eastwooda, wcielającego się w niej w rolę Człowieka Bez Imienia. Ostatecznie „Włoskiemu Zachodowi” udało się wpłynąć nawet na  filmy powstające w USA. Jak dowodzi Christopher Frayling w książce „Spaghetti westerns: cowboys and Europeans from Karl May to Sergio Leone”, w połowie lat 60. western jako gatunek umierał: strzelanin prawie już w nim nie było, w podstarzałych herosów nie wierzył chyba nikt poza nimi samymi, a mit Zachodu stał się nieznośnie patetyczny i pusty. Spaghetti westernowi – bardziej nihilistycznemu w wymowie, pozbawionemu romantycznego sznytu i czarno-białych podziałów, pokazującemu przemoc bez upiększeń –  udało się tchnąć w gatunek nowe życie poprzez odbrązowienie amerykańskiego mitu założycielskiego i zuniwersalizowanie historii, do tej pory nastawionej głównie na oczekiwania widza amerykańskiego.

Muzycznie  spaghetti western stał się oazą eksperymentujących kompozytorów – na początku lat 60-tych kino było jedynym miejscem, w którym późniejsze gwiazdy, takie  jak Ennio Morricone, mogły robić swoje i nikt nie kręcił na ich odwagę nosem. Danger Mouse’a nurt ten fascynował od dawna; jego kolekcja włoskich ścieżek filmowych, także autorstwa twórców mniej znanych – Piero Umilianiego, Brunona Nicolaia czy Piero Piccioniego, była jedną z pierwszych płaszczyzn porozumienia między nim a Danielem Luppim. Sam Włoch brzmieniem spaghetti westernów nasiąkł już za młodu, kiedy to ramówka włoskiej państwowej telewizji nierozerwalnie skojarzyła niedzielne wieczory z filmami Leone.

Debiut Rome rzymski jest nie tylko z nazwy – nagrany został w stolicy Włoch w Studiu Forum i trudno sobie wyobrazić do tego celu lepsze miejsce. Ten dawny kościół stał się studiem nagraniowym właśnie dzięki staraniom Morricone, a na liście nagrywających w nim muzyków znajdują się również Nicolai i Umiliani. Co więcej, Luppiemu i Burtonowi udało się odszukać i zaprosić do współpracy muzyków, którzy tworzyli inspirujące ich soundtracki – między innymi stworzony przez Alessandro Alessandroniego chór Cantori Moderni, którego śpiew zdobił kompozycje Morricone w filmie „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” (1968). Dzięki Rome chór ten zaśpiewał po 40 latach przerwy.

Zespół, złożony z siedemdziesięcioparoletnich Włochów, uzupełniony został dwójką amerykańskich wokalistów – i to właśnie oni są w Rome języczkiem u wagi. Idealni do tych ról okazali się Norah Jones i Jack White. Ona miała być miękka i delikatna, on rozedrgany. Jones zaśpiewa na krążku trzy (prawdopodobnie najlepsze w jej karierze) piosenki: „Season’s Trees”, „Problem Queen” i „Black”. Partie White’a, w których momentami nie jest się pewnym, czy to aby na pewno on, pojawią się w „The Rose With the Broken Neck”, „The World” i „Two Against One”.

Luppi i Burton twierdzą, że album Rome jest opowieścią o miłości, śmierci i szczęściu. Kolejne utwory łączy jednak raczej melancholijny, nieco mglisty klimat niż spójna narracja. Nastrój przenikający muzykę, w iście filmowym stylu zostaje uzupełniony obrazem – za wizualną stronę projektu odpowiada Chris Milk, którego klipy stopniowo odsłaniają rzymską przygodę Danger Mouse’a i Daniele’a Luppi. Ostatnim filmem, który pojawił się na oficjalnej stronie zespołu, jest „The Found”, premiera kolejnego – „The Sound” – już 18 kwietnia.

W wywiadzie dla Guardiana Danger Mouse przyznał, że praca nad Rome zawładnęła jego umysłem na pięć lat. Choć niektórzy twierdzą, że projekty nad którymi pracował w międzyczasie, jak Gnarls Barkley czy Broken Bells,  wpłynęły na brzmienie rzymskiego albumu, on sam mówi, że było raczej odwrotnie – to współpraca z Luppim przesiąkała do wszystkiego, co robił gdzie indziej. Już za miesiąc dowiemy się, czy Rzym wart był tego, by porzucić dla niego Nowy Jork i wygodne emploi hip-hopowego producenta. Jeśli tak, dla Briana Burtona może to oznaczać kolejny przełom w karierze i początek zupełnie nowej drogi – tym razem prowadzącej nie do Rzymu, ale od niego się rozpoczynającej.

by: Kuba Żary 2011

Reklamy