KOCIA MUZYKA

Posted on 2011/06/07

5


Kot domowy (łac. Felis catus) to według Encyklopedii PWN, zwierzę pochodzące od dzikich gatunków kotów (m.in. od żbika); posiadające wiele ras (główne to syjamska i perska) i odmian barwnych. Dojrzałość płciową osiągają w 6–10 miesięcy, ruję mają 2–3 razy w roku, a ciąża trwa ok. 60 dni, kończąc się narodzinami 4–8 młodych. Niektóre koty lubią się łasic, inne to groźne drapieżniki. Kocia muzyka jednym kojarzy się z lubieżnym marcowaniem – o takim rozerotyzowanym kocie, Earthcie Kitt, która opanowała charakterystyczny dźwięk mruczenia o niskiej częstotliwości (25 do 150 Hz) już pisaliśmy. Innym kojarzy się z nieprzyjemnym fałszowaniem i przetrąconymi dźwiękami, jeszcze kolejnym – z kocimi ruchami w stylu Atomic Kitten czy Pussycat Dolls. Jak widać rodzina kotowatych jest liczna i zróżnicowana. Koty mają podobno 7 żyć, przedstawiamy więc 7 muzycznych kotów, które lubimy ogromnie.

1. Cat Power. W średniowiecznej Europie koty były tępione jako zwierzęta kojarzone z czarownicami. Chan Marshall, przybierając dumny pseudonim Cat Power, postanowiła odczarować kocią moc. Choć coś z wiedźmy pozostało – mówią o niej: pijaczka, narkomanka, melancholiczka i cokolwiek można sobie wyobrazić. Jednocześnie to jeden z najciekawszych głosów naszych czasów. Znana z tego, że jej koncerty bywały przerywane z powodu przepicia wokalistki, a także zdarzało się, że Chan podczas występu nie mogła przestać płakać, więc schodziła ze sceny. Jej płyta The Greatest z 2006 roku zajęła 7 miejsce w rankingu albumów dekady Popvictims. Jej stan pogorszył się, gdy umarł jej wieloletni chłopak (i dealer), po czym popadła w jeszcze czarniejszą rozpacz. Od kilku lat nie nagrywa, co martwi.

2. Cat Stevens. Brytyjski songwriter, ikona czasu kontrkultury o łagodnym obliczu. Autor takich szlagierów jak „Wild World” , „Father and son”, „The first cut is the deepest” – nagranych w latach 90. przez kolejno: Mr Big, Boyzone i  Sheryl Crow. Cat w 1977 przeszedł na Islam, zmienił imię na Yusuf Islam i dwa lata później poślubił niejaką Fauzię Mubarak Ali. Od tego momentu jego kariera zdecydowanie zwolniła, ale jak twierdzi, wzbogaciło się jego życie wewnętrzne. W 1995 roku nagrał nawet płytę The Life of the Last Prophet – mówiony album poświęcony Mahometowi i prawidłom Islamu. Choć po zamachach terrorystycznych na WTC publicznie potępił ataki, lecąc w w 2004 roku na spotkanie z Dolly Parton, odmówiono mu pobytu na terytorium Stanów Zjednoczonych z powodu domniemanych związków z Hamasem. Rewelacje te okazały się wyssane z palca. Poniżej jego przebój „Lady D’Arbanville” z 1970 roku, kiedy medium wideoklipu jeszcze raczkowało.

3. Cat’s Eyes. Podczas gdy większość początkujących zespołów swój debiutancki występ zalicza w zadymionym pubie przy garstce podchmielonej publiczności, Cat’s Eyes pokazali, że zacząć można od razu z wysokiego C. W grudniu 2010 roku, zanim jeszcze światło dzienne ujrzało jakiekolwiek nagranie składu, zagrał on podczas popołudniowej mszy w Bazylice św. Piotra w Watykanie – umówić się na taki koncert byłoby jednak pewnie trudniej duetowi, który nie ma swoim składzie lidera nominowanej do Mercury Prize grupy The Horrors. Zapytani o powód wyboru takiego właśnie miejsca inauguracyjnego występu, Faris Badwan i kanadyjska sopranistka Rachel Zeffira odpowiadają po prostu: Lubimy wyzwania. Dodają też, że nie chcą dać zaszufladkować – ani jako śpiewające straszydło, ani jako wypudrowana operowa diwa. Sięgający do popu lat 50. i 60. longplay Cat’s Eyes premierę miał 11 kwietnia tego roku.

4. The Cat Empire. Kolorowa i liczna (prócz stałego składu na scenę zapraszają zawsze burzę gości) australijska grupa, której jazzująco-funkujące brzmienia usłyszeć można od dziesięciu lat na rozmaitych festiwalach: folkowych, artystycznych, world music. Wyspecjalizowali się w specyficznej, prowadzonej za pomocą energetyzującej mieszanki dźwięków od rocka po ska, felinoterapii. Według niej kontakt z kotami ma pozytywny wpływ na psychikę, wyraźnie poprawia nastrój, obniża poziom lęku, przełamuje bariery i zahamowania u osób przeżywających lęk przed zwierzętami lub uczulonymi na ich sierść. Słońce Melbourne, skąd pochodzą, zapewne w pozytywnym nastawieniu do świata również nie przeszkadza. Ich żywiołem są występy na żywo, nagrali już zresztą cztery płyty koncertowe – tyle samo, co studyjnych. Poniżej „Felling gone” z zeszłorocznego albumu Cinema.

5. CatPeople. Czy nazwę zaczerpnęli od tytułu horroru Jacquesa Tourneura z lat 40-tych, czy filmu z Nastassją Kinsky z 1982 roku albo promującej go piosenki piosenki Davida Bowie – tego nie wiadomo. Muzycznie bliżej niż do autora legendarnego albumu Let’s Dance, jest im raczej do Interpolu czy Editors. Styl zmieniali jednak prawie tak często jak nazwę – na początku, po tym jak poznali się w 2002 roku na Santi-Rock Festival, postanowili grać post-rocka pod nazwą  Isósceles, potem, gdy skład zespołu zaczął się rozrastać, a on sam znany był już jako Magic Noise, zbliżyli się do hiszpańskiego revivalu. Swą obecną muzyczną (i kocią) tożsamość odnaleźli dopiero, kiedy w 2006 roku przenieśli się z Vigo w Galicji do Barcelony. Od tego czasu wszystko potoczyło się już bardzo szybko – ich album Reel #1 został uznany za objawienie roku, stali się jednym z wiodących gitarowych zespołów Iberii i po zagraniu ponad 20 koncertów w Hiszpanii i Portugalii wrócili do rodzinnego miasta, tylko po to by zagrać jako support przed koncertem Pet Shop Boys. W tym roku usłyszeć ich będzie można na festiwalu w Bennicassim obok takich gwiazd jak Arcade Fire, Portishead czy Beirut.

6. ArysKOTraci. Animowanym kotów było co nie miara – Tom, co gonił za Jerrym, rozsmakowany we włoskiej kuchni Garfield czy Klakier, popychadło Gargamela. Nawet na naszym podwórku znajdzie się ich co najmniej kilka, choćby Filemon czy Bonifacy. Żadne jednak tak chętnie nie otwierały pyszczków do śpiewania jak te, które przedstawił światu Walt Disney. Kocią muzykę za motyw przewodni bierze film „The Aristocats” z 1970 roku, w którym rasowa kotka Markiza, znająca do tej pory tylko grzeczne gamy i pasaże, spotyka na swej drodze uroczego kocura wagabundę, jazzującego dachowca Tomasza O’Malleya. Pierwsza zrealizowana po śmierci Disneya produkcja to sentymentalna podróż do czasów, w których blues, swing i jazz stanowiły symbol buntu i życia w kontrze do mieszczańskiego modelu. Nawet w momencie premiery filmu ten świat należał już do zamierzchłej przeszłości. W polskiej wersji językowej animacji występuje m.in. Marian Opania.

7. Musical „Koty”. Kocie zestawienie Popvictims nie byłoby pełne bez spektaklu Andrew Lloyd Webbera nie tylko dlatego, że jest on absolutnym rekordzistą w swej kategorii – między innymi jako jedno z najdłużej granych przedstawień na Broadwayu i West Endzie – ale przede wszystkim z powodu fabuły, która opowiada o corocznym wyborze kota, który otrzymać ma kolejne życie, a wcześniej szansę na odwiedzenie kociego nieba. Opowieść, impresja na temat wierszy T.S. Elliota, stanowi jednak tylko tło dla wokalnych i baletowych popisów aktorów. Prawdopodobnie jednak to właśnie dość jednoznaczne osadzenie w środowisku dachowców powstrzymało większość błyskotliwych kompozycji Webbera przed funkcjonowaniem w odłączeniu od kontekstu spektaklu. Z naddatkiem wynagrodziła to jednak kariera piosenki „Memory”, która nie tylko z teatralnej sceny wydostała się na estrady, ale zaczęła żyć własnym życiem i ustanowiła kolejny rekord – na przestrzeni lat wykonywało ją około 160 różnych artystów, dziś kojarzona jest m.in. z Barbarą Streisand, Celine Dion czy… Susan Boyle.

by: Adam Kruk, Kuba Żary 2011

Reklamy