TRANSATLANTYK NA WARCIE

Posted on 2011/08/18

0


W sobotę 13 sierpnia zakończył się I Międzynarodowy Festiwal Filmu i Muzyki Transatlantyk. Dowodzona przez Jana A.P. Kaczmarka impreza ma ambicję bycia pierwszym dużym festiwalem filmowym w Poznaniu, skierowanym nie do niszowej (jak Off Cinema czy Animator), a szerokiej publiczności. Na razie jednak dopiero szuka pomysłów na własną tożsamość. Choć oferta programowa nie tworzy spójnej koncepcji, można było wyłowić w niej sporo wartościowych propozycji. Oto pięć filmów, które na debiutującym festiwalu zrobiły na mnie wrażenie.

1. „Poliss” – jedna z najgorętszych „transatlantyckich” premier, zdobywca Nagrody Specjalnej Jury Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes, zachwalany przez samego przewodniczącego składu jurorskiego – Roberta De Niro. Reżyserka Maïwenn Le Besco, zainspirowana cinéma vérité, stworzyła film z protokolancką dokładnością (para)dokumentujący codzienną pracę paryskiej jednostki policji do spraw ochrony nieletnich. Dzięki temu, że film nie wpisuje się w nurt „kina policyjnego”, nie stawia tezy, a momentami wydaje się być wręcz  zlepkiem przypadkowych scen, pozostaje poruszająco szczery i prawdziwy. Komedia miesza się w nim z dramatem, a oprócz bieli i czerni jest jeszcze cała przebogata skala szarości. Zupełnie jak w życiu.

2. „Circumstance” – kryptonim festiwalowy: film o irańskich lesbijkach. Obraz Maryam Keshavarz to jednak coś więcej niż opowieść o zakazanej miłości w Iranie po rewolucji islamskiej – to odpowiedź na pytanie, czy w tym kraju liberalne enklawy, przyczółki wolnej myśli, mogą przetrwać. Jest ona przecząca już od pierwszej sceny, kiedy obserwujemy, jak świat głównej bohaterki stopniowo kruszy się i rozpada. Zawieszona między życiem w Stanach i irańskimi korzeniami reżyserka zdiagnozowała problemy toczące bliskowschodnie państwo ze znawstwem autochtona, ale z wyraźnie zachodniej perspektywy. I pewnie dlatego film tak porusza.

3. „Miral” – kariera Freida Pinto kwitnie. Na światowe salony wprowadziła ją rola w oskarowych „Slumdogu” i wszystko wskazuje na to, że rozgości się w nich na dłużej – od tego czasu zagrała już u Allena w „Poznasz przystojnego bruneta” (a rola u tego reżysera to zawsze prestiżowy dodatek do aktorskiego résumé) i partnerowała Jamesowi Franco we właśnie wchodzącej na ekrany „Genezie planety małp” (co zwiastuje jej gwiazdorski status). W „Miral” Pinto wciela się w młodą Palestynkę, której historia splata się z długotrwałym izraelsko-palestyńskim konfliktem. Temat to żywy, nośny, ale i bardzo delikatny, który mógł popchnąć film poza cienką granicę oddzielającą film zaangażowany politycznie od politycznego manifestu. Reżyser filmu, Julian Schnabel rozumie jednak, że jednostronna perspektywa, niezależnie po której ze stron konfliktu stająca, nie byłaby sprawiedliwa. Największa siła filmu przejawia się właśnie w scenach, kiedy dwa wrogie światy spotykają się i odnajdują w sobie nie wrogów, a ludzi. Dzięki temu „Miral” to film nie o palestyńskich krzywdach, nie o wojnie, ale o rozpaczliwym pragnieniu pokoju.

4. „Route Irish” – kolejna odsłona publicystycznego kina Kena Loacha. Route Irish to nazwa szlaku między Bagdadem i Zieloną Strefą, najbardziej niebezpiecznej drogi w Iraku. Jeden z najemników wynajętych do ochrony działających tam przedsiębiorców, Frankie, zostaje na niej znaleziony martwy w wyniku – jak się zdaje – irackiego zamachu. Jego najlepszy przyjaciel Fergus (ten sam, za którego namową Frankie wyjechał na kontrakt) nie daje wiary oficjalnym wyjaśnieniom i próbuje dojść prawdy na własną rękę. Loach przedstawia misję w Iraku jako żyłę krwawego złota, dla obrony której beneficjenci gotowi są użyć najbardziej nawet brutalnych środków.Choć historia opowiedziana bez niedopowiedzeń, nie zostawia widzowi wiele miejsca na własną interpretację, to w przypadku Loacha ta niepoetycka „kompletność” nie drażni.

5. „Drapacz chmur” – Transatlantyk, promujący się jako pierwszy glokalny festiwal na polskim rynku, starał się pokazać widzom globalny przekrój lokalnych kinematografii, od Stanów Zjednoczonych, przez Europę, po kraje Bliskiego Wschodu. W sekcji prezentującej nowe kino skandynawskie pojawił się uroczy „Drapacz chmur” autorstwa debiutującego w roli reżysera duńskiego scenarzysty Rune Schjotta. Mieszanka baśni, poezji i horroru opowiada o pierwszym razie i pierwszej miłości (w tej kolejności), w tle których przewija się parada osobliwych zdarzeń i postaci – od kastracji wieprza po pijaku po podstarzałe rubaszne bliźniaczki. Choć świat wokół bohaterów jest przejaskrawiony i absurdalny, symboliczne przejście z dzieciństwa w dorosłość wydaje się prawdziwe i znajome. „Drapacz chmur” bawi, nawet wzrusza. Kto by się tego spodziewał po kinie z mroźnej północy?

by: Kuba Żary 2011

Reklamy