PIES I KULAWA NOGA

Posted on 2015/05/07

2


breaking-the-waves

To były jedne z najgorszych wakacji, jakich zdarzyło mi się doświadczyć. Kilka miesięcy wcześniej uparłam się, że jadę na narty i koniec. Mama nakazywała pozostanie w domu, bo pogoda dostała jakiejś wariacji, a warunkom na stoku daleko było do bezpieczeństwa. I właśnie dlatego pojechałam tamtego dnia na narty.

Śnieg był okropny, ostry, mgła, podobnie paskudna, gęsta i niekoleżeńska. To miał być mój ostatni zjazd tamtego dnia. Znacie te przesądy, że nie można sobie pozwolić na myślenie, że to ostatni raz, bo to przynosi pecha, który może skończyć się wypadkiem? Tak. Szesnastolatki nie wierzą w pecha.

Na wyciągu co chwilę mijało się GOPR, zwożący kobiety i mężczyzn z uszkodzonymi mechanicznie kończynami na znośne wysokości. Im pewnie żal było wykupionego karnetu, trzeba wyjeździć wszystko do cna, nie kosztuje to przecież najmniej. Podobnie zresztą, jak rehabilitacja przekręconych kolan i kostek. Ja nie czułam ciężaru kosztów takiego ślizgania się po oblodzonych stokach, płaciłam pieniędzmi mamy. Musiałam za to pokazać chłopakom z gimnazjum, że nie jestem gorsza i nie będę się przejmować jakąś ostrością śniegu, ani gęstością mgły, ani intensywnością opadów.

Ostatni zjazd zakończył się upadkiem. I to właśnie on wykupił mi te ponure (wtedy – dziś mi się wydaje, że w sumie, to było fajnie) wakacje. Przeleżałam na oddziale chirurgii koncert Iggy’ego Popa i Björk. Wielkie były ówczesne żale.

Na łóżku obok leżała dziewczyna z katolickiego liceum, która była jedną z najgłupszych osób, jakie poznałam tamtego roku. Ale kokietowała wielu chłopców z różnych szkół, również tych świeckich. Gardziłam wówczas taką postawą. Łączyły nas tylko płeć, szpitalne posiłki,  nastolęctwo i uszkodzone na nartach kolana.

Artroskopia przebiegła pomyślnie.

Po kilku dniach mama zabrała moje kule i mnie do domu. Po kilku kolejnych, cała rodzina wyjechała na wakacje. Nad morze. A ja zostałam z czarnym pudlem i babcią (załatwili mi babcię, żeby nie było mi  s m u t n o). Wszyscy inni dokądś pojechali. Wszyscy zostawili mnie samą. Byłam wtedy chyba najbardziej samotną i nieszczęśliwą nastolatką Kotliny Kłodzkiej. Albo może i całego Dolnego Śląska (wybaczcie dziewczyny, naprawdę było mi smutno).

Sztukę wyprowadzania psa o kulach opanowałam dość szybko, choć nie była to wcale moja ulubiona rozrywka. Tak, wtedy jeszcze uczyłam się szybko. Codziennie kupowałam kosz nektarynek i sok pomarańczowy ze zbożami. Zanim zboża zaczęły być modne.

Za oknem miałam góry, co skutecznie wzmacniało nastoletnie poczucie bezsilności i deficytu sensu w życiu. Czytałam dużo książek, słuchałam miliardów piosenek i chciałam oglądać dużo filmów, ale nie miałam wówczas wystarczająco szybkiego internetu, żeby je ukraść i pieniędzy, żeby je kupić.

Nie mogłam spać i przerzucałam się bardzo późnymi wieczorami po kanałach telewizyjnych. I w pewien poniedziałek (jeśli ufać zapiskom, których w tamtych czasach dokonałam, choć dni tygodnia różniły się dla mnie tylko nazwą) na TV4 (!!!) natrafiłam na pierwszą część trylogii o idiotach Larsa von Triera. I to zmieniło te wakacje i jakość mojego nastoletniego bytu. “Przełamując falę” uderzyło mnie mocniej, niż cokolwiek wcześniej (takich uderzeń zdarzyło się kilka, każde było “najsliniejsze”).

Tąpnęła mną szczególnie jedna piosenka z tego filmu: “Suzanne”. Leonarda Cohena. Słuchanie Cohena już wtedy wydawało się nie na miejscu, do tego mogła przyznać się przedstawicielka “pokolenia Trójki”, moja mama, ale nie ja. W każdym razie, nastolatki są chyba szczególnie podatne na ścieżki dźwiękowe, prawda?

“Suzanne” od razu stała się melodią tych wakacji, wydawało mi się, że gdybym umiała zapisywać melodie, to właśnie tak brzmiałyby te tygodnie, kiedy zostałam w domu sama z kulami i psem. Co interesujące, absolutnie nie zaciągnęło mnie to do innych wytworów Leonarda. “Suzanne” była jedyna i najwłaściwsza. A do tego “half crazy”.

To były również wakacje, w trakcie których byłam nieszczęśliwie zakochana. Wiadomo. Z tych rzeczy się niestety nie wyrasta. Chyba, że komuś się udało? W każdym razie, tytułowa Zuzanna chciała udać się w “podróż” z jakimś jegomościem, który chciał z nią być, bo była trochę szalona, a ja nie mogłam donikąd jechać w tamte wakacje. I karmiła go pomarańczami, a ja wypijałam litry soku pomarańczowego z dodatkiem zbóż i błonnika. Zdecydowanie czułam się środkowoeropejską Suzanne, tyle, że kilkadziesiąt lat później.

Dwa kolejne poniedziałki spędziłam z “Idiotami” i “Tańcząc w ciemności”. Wróciło rozgoryczenie, że zamiast koncertu Bjork na Openerze (odgrywa główną rolę w tym drugim tytule), wysłuchiwałam historii z katolickich liceów. Potem wróciła również mama. Zatęskniłam wówczas za samotnymi nocami z sokiem pomarańczowym i nektarynkami. “Suzanne” została ze mną na kolejne kilka tygodni.

Dziś, te najgorsze wakacje mojego nastolęctwa wyrosły na jedne z najciekawszych, jakich zaznałam. A jakby Cohen grał jakiś koncert w pobliżu, to dziś bym poszła. Wtedy nie.

A z Suzanne do dziś zdarza mi się zbić piąteczkę.

by: Malwina Tuchendler 2015

W cyklu Piosenki do których płakały nastolatki: Kryzys ćwierci wieku, Marudzenie w cenie.

Reklamy