ALBUMY DEKADY

Posted on 2010/12/20

5


Trudno było wybrać 10 najlepszych płyt ostatniej dekady. Jako cezurę przyjęliśmy lata 2001-2010 omijając rok 2000 (wszak liczyć zaczyna się od jednego). Choć nie zmieściło się wiele ważnych pozycji, postawiliśmy na matematykę. Może Amy Winehouse narobiła więcej zamieszania, a Fleet Foxes i Skalpel mieli lepsze recenzje, ale po podliczeniu redakcyjnych głosów wyszło nam następujące zestawienie albumów. Wszystkich da się słuchać z przyjemnością do dziś. Poniżej część pierwsza – płyty zagraniczne.

 

10. The Knife – Deep Cuts (2003)

Muzyka tworzona przez rodzeństwo ze Szwecji – Karin i Olofa Dreijerów to zdecydowanie jedna z najbardziej oryginalnych rzeczy, jakie wydarzyły się w elektropopie w ostatnich latach, a działo się w tym gatunku sporo. Muzycy The Knife nie stronią od użycia niekonwencjonalnych dla gatunku instrumentów jak waltornia, flet czy steel pan, co zaskakująco dobrze przełamuje czasem monotonną elektroniczną konwencję. Na Deep Cuts znalazły się genialnie taneczne przeboje jak „Heartbeats” czy „Take My Breath Away”, stanowiące klasykę parkietów lat zerowych, jak również utwory dużo bardziej nastrojowe, oddające chłód położonej na północy Szwecji. G.K.


9. Gang Gang Dance – God’s Money (2005)

Podczas krótkiego pobytu w San Francisco poznałam chłopaka, który przyjaźnił się z dwoma muzykami z Gang Gang Dance. Była to przyjaźń chłopięca, zawiązana w namiotach podczas obozów skautów. Nie mógł uwierzyć, że w Polsce, kojarzącej mu się z komunizmem i zimnem, ktoś słucha GGD. Wspomniałam tylko, że w wieku lat 18 dałam jednemu chłopakowi w dowód miłości ich płytę, a potem słuchałam jej przez następne 5 lat. Do dziś żywię miłość do błyskawic, choć piorun w 2002 roku zabił jednego z założycieli grupy. B.W.


8. Hot Chip – The Warning (2006)

Najfajniejszy z geekowatych zespołów świata swoją drugą płytą zawojował elektropopową scenę za pomocą niezwykle sprawnego połączenia sporej dawki energii i radości z melancholią i ironią. Dopełniające się wokale rzewnego falseciarza Alexisa Taylora i pseudo-rapującego Joe Goddarda, funkowy beat, odwołujący się do najlepszych muzycznych tradycji i iście rzadka dziś bezpretensjonalność, złożyły się na idealny popowy produkt. M.D.


7. The Libertines The Libertines (2004)

Był rok 2004. Wtedy na Wyspach renesans swój przeżywał magazyn „New Musical Express” lansując debiutantów takich jak Razorlight, Franz Ferdinand, Bloc Party, a także masę kapel, których dziś już nikt nie pamięta. Wtedy też swoją drugą płytę wydali The Libertines, która najlepiej oddawała klimat czasu picia na umór, przygodnego seksu i tanich wzruszeń. Może dlatego, że był to autentyczny zapis życia Carla Barâta i Pete’a Doherty’ego w owym czasie, ale dlatego też, że taka płyta może zdarzyć się kapeli tylko raz w karierze. A.K.


6. Cat Power – The Greatest (2006)

Chan Marshall jest piękna, powabna i zawsze nieszczęśliwa. Która inna wokalistka potrafiłby wyśpiewać cały koncert ze śmiercionośną liczbą promili we krwi i zrobić to z taką gracją, żeby Karl Lagerfeld zatrudnił ją do reklamowania biżuterii Chanel? Ostatnio koncertuje rzadziej, nie mogąc podnieść się z depresji po śmierci swojego chłopaka (i dealera) albo rozkleja się podczas występów. Czas The Greatest był jednak faktycznie jej najwyższym lotem.  K.P. i B.W.


5. TV on the Radio – Desperate Youth, Bloodthirsty Babes (2004)

Pierwszy studyjny album jednego z najważniejszych zespołów ostatniego dziesięciolecia nie jest być może najbardziej przystępnym w ich dyskografii; z każdą kolejną płytą muzyka TV on the Radio stawała się trochę łatwiejsza w odbiorze. Album Desperate Youth, Blood Thirsty Babes przy pierwszym zetknięciu wydawać się może zbyt eklektyczny, ale w tej wybuchowej mieszance rocka, free jazzu, elektroniki, śpiewu a capella i psychodelii, z każdym przesłuchaniem znajdujemy kolejne warstwy dźwięków gwarantujących coraz to nową muzyczną podróż, która nigdy się nie kończy. G.K.


4. The Flaming Lips – Yoshmi Battles The Pink Robots (2002)

Yoshimi i różowym robotom już na początku dekady udało się stać symbolami popu idealnego. Dziesiąty album The Flaming Lips to zbiór kompozycji tak ładnych, że w swej słodyczy i sentymentalizmie mogłyby wydawać się nieco naiwne – gdyby nie chodziło o zespół Wayne’a Coyne’a. „Yoshimi Battles the Pink Robots Pt. 1” czy „Do You Realize??” do dziś potrafią sprawić, że mokre oczy mają nawet najbardziej zatwardziali cynicy, ale stanowią przy tym kamienie milowe indie-rocka, które wysoko ustawiły poprzeczkę dla wszystkich wydawnictw, które nastąpiły po nich. Do ckliwości albumu natomiast trzeba podchodzić z dystansem, jak robi to sam zespół, który w ukrytym we wkładce do płyty przesłaniu mówił: Znalazłeś ukrytą wiadomość – chyba masz za dużo wolnego czasu. Odpuść sobie! K.Ż.


3. Arcade Fire – Funeral (2004)

Powszechnie uznany za dzieło niemalże perfekcyjne. Najczęściej wymieniane powody to połączenie bólu i piękna, rozedrgana, wysokoprocentowo nasączona emocjami warstwa muzyczna, pełne dramaturgii wokale – wszystko to prowadzi do doznań ekstremalnych i niemalże narkotycznych. Album hipnotyzuje, wciąga w inny wymiar i po zatrzymaniu się krążka pozostawia nas mokrych, z przyspieszonym oddechem i mimo wyczerpania, wołających o więcej. Orgazmiczne doznanie. M.D.


2. Of Montreal – Hissing Fauna, Are You the Destroyer? (2007)

Niekiedy jednowładztwo może sprawdzać się kapitalnie – najlepszym tego przykładem jest siła sprawcza of Montreal, Kevin Barnes. Ósma płyta zespołu Hissing Fauna, Are You the Destroyer? to już niemal solowy, bardzo osobisty album jego lidera. Na nagranej prawie w pojedynkę płycie podsłuchujemy poplątane życie Barnesa: samobójcze rozważania, wyalienowanie i szpikowanie się antydepresantami. Album dał Kevinowi schronienie przed mroczną rzeczywistością w postaci alter ego Georgiego Fruita, silnie inspirowanego Ziggym Stardustem. Zespołowi przyniósł zaś największe przeboje: nerwowe, trwające 12 minut „The Past Is Like Grotesque Animal” oraz psychodelicznie glam-rockowe „She’s A Rejector”. Co tu dużo mówić – zespół ze Stanów, kanadyjska nazwa, a talent nie z tej ziemi. K.Ż.


1. Devendra Banhart – Smokey Rolls Down Thunder Canyon (2007)

Nieślubny syn Franka Zappy z Nickiem Drake’iem, Szaman, geniusz, wokalista dekady, w której folk powrócił do łask. Nie ma jednak co się oszukiwać – bez Devendry (i może Joanny Newsom) cały ten nurt byłby wart byłby tyle, co śmieszne już dziś zajawki w stylu nu-rave’u czy chill wave’u. Jego głos i szaleństwo najdoskonalej wybrzmiało na  „Smokey Rolles Down Thunder Canyon” –  najlepszej płycie, jaką do tej pory nagrał i jednocześnie płycie dziesięciolecia. A.K.

by: Popvictims 2010

Reklamy